środa, 13 stycznia 2021

Kolory w walce z rakiem

Uwielbiam kolory! Noszę się kolorowo. Jeszcze ważniejsze niż nasz strój są jednak kolory na talerzu! Dlaczego? Związki roślinne, które decydują o barwach warzyw i owoców mają niebywałą moc. Nie jest to żaden slogan w stylu pop-zielarstwa, jakie dziś coraz bardziej nas zalewa. Piszę serio, mimo, że słowo „moc” brzmi mało naukowo. 

Wszyscy wiedzą, że spożywanie warzyw i owoców to podstawa zdrowej diety. Wiemy też, że w kraju nad Wisłą standardowy Kowalski ciągle niespecjalnie się tym przejmuje. Karotenoidy, antocyjany, flawonoidy między innymi działają przeciwnowotworowo. Prowadzone są wręcz interwencje kliniczne, np. antocyjany czarnej maliny w raku jelita grubego, likopen w nowotworach mózgu, czy raku prostaty, które pokazują, że spożywanie/suplementowanie tego typu substancji daje poprawę stanu pacjentów onkologicznych.

Ostatnio trafiłam na bardzo ciekawe badania, z których wynika, że luteina ma siłę działania przeciwnowotworowego porównywalną do taksanów, czyli leków chemioterapeutycznych takich, jak paklitaksel oraz docetaksel, które są stosowane między innymi w raku piersi. Połączenie luteiny z taksanami działało jeszcze silniej, niż substancje te stosowane osobo. Były to badania in vitro na różnych liniach komórkowych raka piersi. Używane stężenia luteiny były fizjologiczne i porównywalne do osiągalnych zawartości luteiny w osoczu krwi. Do badań klinicznych jeszcze nie dotarłam, ale z pewnością takie się wkrótce pojawią. Autorzy sugerują wręcz, że luteina jest obiecującą alternatywą dla taksanów! Wyniki tych badań otwierają także perspektywę dla możliwości zmniejszenia toksyczności chemioterapii taksanami, dzięki stosowaniu niższych skutecznych dawek tych leków w połączeniu z luteiną.

Jaka jest różnica między luteiną a taksanami? Ogromna, jeśli chodzi o działania niepożądane. Przede wszystkim luteina jest obecna w naszej diecie, ma właściwości prozdrowotne. Natomiast taksany to hamujące podziały komórek pochodne trującego cisa. W badaniach tych wykazano, że luteina nie działała na komórki zdrowe, tylko zmienione nowotworowo, natomiast taksany nie cechują się taką wybiórczością. Luteina w dużych ilościach występuje w jarmużu, szpinaku, roszponce, brokułach, czy brukselce. Znajdziemy ją w zupie dyniowej, liściach pietruszki oraz kwiatach aksamitki.  

                             
fot. pl.freepik.com

Działanie przeciwnowotworowe luteiny to nie wszystko. Związek ten wspiera procesy widzenia, poprawia zdolności kognitywne, chroni przed chorobami układu krążenia. Warto nadmienić, że jednocześnie analizowano w cytowanych badaniach wpływ innych barwników roślinnych, b-karotenu oraz astaksantyny, które nie zadziałały cytotoksycznie na komórki raka piersi. Wyniki tych badań są ciekawe i obiecujące, warto jednak pamiętać, że działanie chemoprewencyjne związków roślinnych nie zależy od pojedynczego składnika, ale sumy ich plejotropowego oddziaływania na organizm. Luteina nie zastąpi zatem kolorowej diety.

Karotenoidy to niezwykle ciekawe barwniki roślinne, przygotowałam na ich temat ponad 80-minutowy wykład w ramach kursu Fitochemii Roślin Leczniczych. Jest możliwość wykupienia samego wykładu o karotenoidach, w powyższym linku pobierzesz też do niego prezentację. Jeśli chcesz poznać szczegółowo także inne związki roślinne, zapraszam na cały kurs! Znajdziesz tam wykłady także o innych barwnikach roślinnych i substancjach o działaniu przeciwnowotworowym.  

Źródło: Xiaoming Gong, Carotenoid Lutein Selectively Inhibits Breast Cancer Cell Growth and Potentiates the Effect of Chemotherapeutic Agents through ROS-Mediated Mechanisms, Molecules 2018, 23, 905



wtorek, 28 maja 2019

Luteina w warzywach na zdrowe oczy i dobry sen

Czy to możliwe, żeby kolorowe warzywa mogły wpływać korzystnie na sen? Tak, jak najbardziej, jest to możliwe  Wykazały to niedawno przeprowadzone badania kliniczne.
Co prawda stosowano tam związki roślinne w formie suplementacji, ale proszę mi wierzyć, warzywa, czy zioła zażywane w odpowiednich ilościach mogą być tutaj alternatywą dla kapsułek.
Od dawna wiadomo, że luteina działa korzystnie na pracę naszych oczu. Jest to barwnik roślinny, który kumuluje się w plamce żółtej, czyli miejscu najbardziej wyraźnego widzenia. Spożywanie z dietą luteiny chroni nasze oczy przed niebieskim światłem komputerów i smartfonów, które działając fototoksycznie, może powodować uszkodzenie komórek siatkówki. Jako, że obecnie człowiek coraz więcej czasu spędza wpatrując się w ekrany emitujące niebieskie światło, spożywanie warzyw bogatych w luteinę i inne karotenoidy może być szczególnie wartościowe. Okazuje się jednak, że związki te wpływają nie tylko na poprawę widzenia, ale także na SEN!

Rys. https://www.redbubble.com/people/annafranziska 

W kontrolowanym placebo badaniu klinicznym wzięło udział 48 zdrowych studentów w wieku 18–25 lat (BMI<27) pracujących minimum 6h dziennie z ekranem emitującym niebieskie światło. Badani przyjmowali 24 mg dziennie barwników siatkówkowych (luteina 83%, zeaksantyna 10%, mezozeaksantyna 7%) przez okres 6 miesięcy.
Zaobserwowano istotną ogólną poprawę jakości snu oraz gęstości pigmentu w plamce żółtej. Zmniejszyła się częstotliwość bólów głowy, zmęczenie oczu oraz wszystkie parametry sprawności wzrokowej w porównaniu do placebo.
Badacze wnioskują, że poprawa jakości snu może być spowodowana działaniem systemowym karotenoidów, zmniejszeniem stresu oksydacyjnego oraz stanu zapalnego. Innym nasuwającym się wyjaśnieniem mechanizmu działania luteiny na sen jest jej wpływ ochronny przed niebieskim światłem, które jak wiadomo zakłóca wytwarzanie melatoniny przez szyszynkę. Jednak komórki zwojowe siatkówki zawierające melanopsynę odpowiedzialną za reagowanie na niebieskie światło i kontrolę wydzielania melatoniny nie kumulują w sobie tego karotenoidu. Niech mechanizm działania luteiny i innych karotenoidów, który mnie osobiście bardzo ciekawi, pozostanie na tą chwilę zagadką. 

Luteinę możemy znaleźć w dużych ilościach w warzywach takich jak jarmuż, szpinak, dynia, brokuły czy czerwona papryka. Występuje ona także w kwiatach aksamitki oraz nasturcji, które również możemy wprowadzić do diety. Ważne jest tylko, aby spożywać je z posiłkiem zawierającym tłuszcz, gdyż składnik ten zwiększy biodostępność nie tylko luteiny, ale też innych karotenoidów. Uzyskanie dawki 24 mg wymaga spożywania dużej ilości tych surowców, ale spokojnie da się to zrobić. Jak osiągnąć taką dawkę? Trudno tutaj o precyzję dlatego, że tabele pokazują często przedziały różne wartości, przykładowo:
200 g dyni to 4 do 16 mg
20 g jarmużu to 0,6 do 7,8 mg
20 g szpinaku to 0,88 do 2,4 mg
100 g brokuła to 0,8 do 3,5 mg
dwa żółtka (ok. 40g) to 0,28 do 0,68 mg luteiny
Jeśli luteina będzie występowała tutaj w dolnej granicy zawartości, też nie będzie źle..
W badaniach prospektywnych w USA na 15 pacjentach ze zwyrodnieniem plamki żółtej związanym z wiekiem odnotowano, że regularne spożywanie w diecie już 4 mg luteiny na dobę powodowało poprawę ostrości widzenia oraz wzrost jej zawartości w plamce żółtej. Generalnie badania epidemiologiczne wskazują na związek między dużym spożyciem luteiny a zmniejszeniem ryzyka wystąpienia chorób oczu, takich jak zaćma czy AMD. Dlatego warto spożywać warzywa oraz inne surowce, które są jej dobrym źródłem.
Dane literaturowe:

Bernstein PS, Khachik F, Carvalho LS i wsp. Identification and quantification of carotenoids and their metabolites in the tissues of the human eye. Exp Eye Res 2001; 72:215-23.
Khachik F. Distribution and metabolism of dietary carotenoids in humans as a criterion for development of nutritional supplements. Pure Appl Chem 2006; 78:1551-7.
Stringham J.M. i wsp. Macular Carotenoid Supplementation Improves Visual Performance, Sleep Quality, and Adverse Physical Symptoms in Those with High Screen Time Exposure.. 

Kwiatkowska Edyta, Luteina – źródła w diecie i potencjalna rola prozdrowotna; Postępy Fitoterapii 2/2010, s. 97-100

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Dziurawiec a chemioterapia

Interakcje między lekami a ziołami, to bardzo ciekawy temat, nad którym właśnie pracuję na potrzeby artykułu do pewnego czasopisma branżowego.
Wszyscy oczywiście od razu kojarzą nieprzypadkowo dziurawiec - zioło, które ma takich interakcji udokumentowanych bodajże najwięcej.
Jest to surowiec, który wpływa na aktywność enzymów metabolizujących leki (cytochrom P-450), takich jak na przykład CYP3A4. Z tego powodu jednocześnie stosowane środki farmaceutyczne, które również są metabolizowane przez CYP3A4, mogą być nadmiernie eliminowane, konsekwencją czego będzie obniżenie ich stężenia w płynach ustrojowych.
Przykładem może być irynotekan, chemioterapeutyk wykorzystywany w terapii nowotworów jelita grubego.
W niezaślepionym randomizowanym badaniu klinicznym 5 pacjentów leczono irynotekanem (350 mg/m2 dożylnie), lekiem, który jest metabolizowany przez CYP3A4. Jednoczesne zażywanie dziurawca w dawce 900mg/dzień doustnie przez 18 dni u tych pacjentów powodowało obniżenie stężenia aktywnego metabolitu irynotekanu w surowicy krwi o 42%.

Kolejnym chemioterapeutykiem, co do którego możemy się spodziewać interakcji z zielem św. Jana jest imatynib. Jest to lek także metabolizowany przez CYP3A4 oraz transportowany przez glikoproteinę-P, aktywność obu jest indukowana przez dziurawiec. Zatem stosowanie tego zioła podczas leczenia imatynibem, będzie skutkowała obniżeniem efektywności cytotoksycznej leku onkologicznego.

Jakie mogą być zatem konsekwencje jednoczesnego stosowania chemioterapii oraz dziurawca? Zmniejszenie efektywności leczenia oficjalnego. Należy podkreślić, że stosowanie dziurawca może być korzystne, jeżeli z jakiegoś powodu chcemy się szybciej pozbyć danego chemioterapeutyku z płynów ustrojowych. Zasadniczą sprawą jest jednak tutaj wiedza z zakresu tego, jak dany lek jest metabolizowany (przez jakie izoenzymy P-450). Jeśli są to enzymy, na które wpływa dziurawiec, możemy się spodziewać odpowiedniej interakcji.

więcej informacji wkrótce :) 

środa, 8 listopada 2017

Ziołowe receptury na czas infekcji - warsztat 5 stycznia 2019

Okres jesienno-zimowy, to czas, kiedy szczególnie często borykamy się z osłabioną odpornością, chorobami przeziębieniowymi, czy grypowymi. Zapraszam zatem na warsztat, podczas którego nauczymy się, jak budować antyinfekcyjną tarczę obronną za pomocą roślin leczniczych.

Na zajęciach przyjrzymy się chorobom infekcyjnym układu oddechowego z punktu widzenia tradycyjnej europejskiej fitoterapii oraz z perspektywy medycyny chińskiej. Skupimy się zarówno na profilaktyce, jak i leczeniu tych najbardziej pospolitych dolegliwości. Wypracujemy alternatywę dla zbyt często stosowanych syntetycznych antybiotyków, czy popularnych leków aptecznych. Omówimy remedia odpowiednie zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. 

Warsztat będzie miał wymiar bardzo praktyczny. Wykonamy kilka preparatów przydatnych w sezonie infekcyjnym. Nauczymy się, jak przygotowywać syropki przeciwkaszlowe, czy jak przyrządzać receptury, które uchronią nas przed infekcją. Zostaną zaproponowane rozmaite mieszanki ziołowe pomocne w terapii chorób dróg oddechowych dostosowane do indywidualnej sytuacji pacjenta.

Poznamy zioła dostępne na łąkach i w lasach, a także surowce, w które można zaopatrzyć się w zielarniach. Będziemy przyglądać się roślinom, dotykać je i smakować. Podczas tych czynności z pewnością powstaną cenne eliksiry. Będziemy kosztować je na miejscu, a te bardziej trwałe uczestnicy zabiorą do domu.

Mniej więcej w środku zajęć przewidziana jest przerwa obiadowa. 





Warsztat poprowadzi Ania Bober

Pasjonatka ziołolecznictwa. Fitoterapii uczyła się między innymi od dra Henryka Różańskiego oraz Jeremiego Rossa. Organizuje warsztaty zielarskie od 2012 roku. Prowadzi wykłady i szkolenia z zakresu dietetyki oraz fitoterapii, a także poradnictwo indywidualne. Ukończyła kurs zielarz/fitoterapeuta koordynowany przez dra Różańskiego oraz wiele innych szkoleń. Dietetyk wg Medycyny Chińskiej, Specjalistka Dietetyki i Poradnictwa Żywieniowego. W swoim podejściu łączy ziołolecznictwo zachodnie z medycyną chińską. Ponadto zajmuje się akupunkturą ucha oraz refleksologią twarzy. Jest absolwentką biotechnologii i antropologii kulturowej UAM oraz dwóch kierunków studiów podyplomowych na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Należy do sekcji fitoterapii Polskiego Towarzystwa Lekarskiego.

Strona internetowa: www.alchemilium.pl


Czas: 5 stycznia (sobota) 2019, godz. 11.00-18.00
Miejsce: Dom Dźwięku, Poznań

Koszt: 190 zł przy płatności do 31 grudnia, po tym terminie 210 zł
Informacje i zapisy: anna.bober81@gmail.com, 500 182 594

numer konta do przelewu:

Anna Bober Alchemilium
50 2490 0005 0000 4610 6114 8777 (Alior Bank)

Uwaga! Wpłata jest rezerwacją miejsca. Gdyby ktoś po uiszczeniu opłaty nie mógł wziąć udziału w warsztacie, można znaleźć osobę na swoje miejsce. W przeciwnym razie połowa kwoty nie podlega zwrotowi.

wtorek, 24 października 2017

czwartek, 7 września 2017

ABC ziołowej alchemii

Zapraszamy serdecznie na długo wyczekiwane zajęcia na temat tego, jak przygotowywać wyciągi z roślin leczniczych. Warsztaty odbędą się 1 października 2017 roku w Poznaniu na ul. Pięknej 4. Jest to pierwszy temat z planowanego cyklu szkoleń ziołowych. Pojawią się jeszcze zajęcia z fitochemii roślin leczniczych, na temat leczenia infekcji układu oddechowego, a jeśli będzie zainteresowanie, również chorób przewodu pokarmowego oraz zaburzeń metabolicznych.

Napary, wywary, maceraty, czy nalewki, to tylko niektóre sposoby przyjmowania ziół. Aby skorzystać z leczniczych właściwości roślin, potrzebna jest podstawowa wiedza na temat tego, jak i kiedy przygotowywać takie wyciągi. Niektóre substancje czynne rozpuszczają się w wodzie. Uzyskanie innych jest możliwe dopiero przy użyciu alkoholu o odpowiednim stężeniu. 

Ekstrahując materiał roślinny za pomocą różnych rozpuszczalników, możemy otrzymywać z tej samej rośliny, wyciągi o odmiennym działaniu. Dla przykładu napar z dziurawca działa zupełnie inaczej niż nalewka. Z drugiej strony obecność niektórych substancji czynnych może ułatwiać wchłanianie innych. Wszystkie te zawiłości zostaną wyjaśnione na warsztacie!





Na zajęciach poznamy podstawowe metody przetwarzania oraz ekstrakcji surowców roślinnych. Warsztat będzie składał się z części wykładowej oraz praktycznej. Podczas tej drugiej wykonamy kilka ziołowych preparatów. Poznamy receptury przydatne w pospolitych dolegliwościach. Będziemy smakować je na miejscu, a te bardziej trwałe uczestnicy zabiorą do domu.

W ramach zajęć praktycznych między innymi:

- Wykonamy kilka rodzajów wyciągów wodnych, poznamy różne techniki przygotowywania naparów.
- Każdy nauczy się, jak zrobić swój syropek na kaszel.
- Będziemy przygotowywać nalewki: proste i złożone.
- Dowiecie się, jak na bazie wyciągu roślinnego wykonać maść.

Zapewniamy wszystkie potrzebne produkty oraz narzędzia do pracy.

Warsztat poprowadzi:

Anna Bober - pasjonatka ziołolecznictwa. Fitoterapii uczyła się między innymi od dra Henryka Różańskiego oraz Jeremiego Rossa. Organizuje warsztaty zielarskie od 2012 roku. Prowadzi wykłady i szkolenia z zakresu fitoterapii oraz dietetyki, zarówno dla specjalistów, jak i amatorów ziołowej wiedzy. W swoim podejściu łączy ziołolecznictwo zachodnie z medycyną chińską, nie zapominając jednocześnie o podejściu biomedycznym, uwzględniającym najnowszą wiedzę z zakresu fitofarmakologii. Jest absolwentką biotechnologii, antropologii kulturowej UAM oraz dwóch kierunków studiów podyplomowych na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Od ponad 6 lat jest aktywnym uczestnikiem szkoleń i konferencji z zakresu fitoterapii oraz tradycyjnego ziołolecznictwa. Swoją wiedzę zdobywała między innymi na kultowych zajęciach z doktorem Różańskim w Międzyborowie. Należy do Sekcji Fitoterapii Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. 


Cena (orientacyjna, muszę jeszcze rozplanować materiały dla uczestników) przy płatności do 25 września 190 zł, po tym terminie 220.
W cenę wliczone są również preparaty ziołowe, które zabierzecie do domu.

Ilość miejsc ograniczona, wpłata jest rezerwacją miejsca. 

W sytuacji gdy po uiszczeniu opłaty z przyczyn losowych uczestnik rezygnuje z udziału w zajęciach, można znaleźć osobę na swoje miejsce. Jeśli się tego nie zrobi, połowa wpłaconej kwoty nie podlega zwrotowi.


Zapisy: anna.bober81@gmail.com, 500 182 594

strona internetowa: www.alchemilium.pl


Więcej informacji wkrótce!

wtorek, 29 sierpnia 2017

Nadszedł czas, aby napisać coś o sobie - kim jestem i co ja tutaj robię


Ziołami zajmować się można na wiele sposobów. Coraz bardziej modne jest ostatnio bycie fitoterapeutą. Wystarczy ukończyć roczny kurs w Krośnie, czy Katowicach i pomachać dyplomem. Niektórzy nawet rocznego kursu nie kończą. Nikt tego przecież nie weryfikuje, co kto wypisuje na swojej wizytówce. Nie zapominajmy jednak o tym, że fitoterapia jest nieistniejącą specjalizacją w dziedzinie medycyny. Przyszli lekarze przez pięć (kiedyś sześć) lat poznają podstawy ludzkiej fizjologii, patologii oraz znienawidzonej przez zielarzy farmakologii. Tyle samo moim zdaniem czasu potrzebuje fitoterapeuta, tak na początek, bo nauka nigdy się nie kończy, a wiedza jest jak ocean. Nie ma systemu, który by pokazywał, jaka droga jest właściwa, stąd całe to zamieszanie. Mimo, że ziołolecznictwo często było antysystemowe, to jednak obecnie, w dobie jego rosnącej popularności, potrzebujemy systemu, dlatego żeby "po pierwsze nie szkodzić", primum non nocere. O swojej drodze do fitoterapii opowiadam w dzisiejszym poście. 

Pasję do nauk biomedycznych rozwijałam od podstawówki. Wychowałam się na polskiej wsi, miałam przed domem całkiem spory kawałek łąki, a świat przyrody na wyciągnięcie ręki. Zawsze lubiłam się uczyć. Już w podstawówce brałam udział w olimpiadzie biologicznej, czy konkursach wiedzy ekologicznej, oraz wielu innych, byłam książkowym molem. W liceum wybrałam klasę o profilu biologiczno-chemicznym, taką, po której dobrze jest się wybrać na medycynę. Ja jednak, zafascynowana biologią komórki, zdecydowałam się na studiowanie biotechnologii. Z wielkim zaangażowaniem podeszłam do matury, a potem zabrałam się za przygotowania do egzaminów na studia. Zaowocowało to bardzo dobrymi wynikami rekrutacji, dzięki czemu dostałam się na wszystkie trzy uczelnie, na które aplikowałam. Zdecydowałam się na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie o indeks rywalizowało jakieś 15 osób na jedno miejsce, a ja zdałam egzamin z drugą na liście punktacją!

Mniej więcej na trzecim roku studiów poczułam rozczarowanie wysokospecjalistyczną dziedziną wiedzy, którą zgłębiałam. Brakowało mi bliższego kontaktu z bardziej żywą nauką, taką użyteczną w życiu, przyjazną drugiemu człowiekowi i światu. Biotechnologia nie zawsze taka jest. Na ścianach instytutów, w których bywałam, widywałam plakaty sygnowane nazwą firmy Monsanto, a na lekcjach języka angielskiego w czytankach znaczy readingach, widywałam transgeniczne pomidory i podobizny Frankensteina. Budziło to we mnie niepokój, który nałożył się na młodzieńcze rozterki egzystencjalne. Były to moje intuicyjne odczucia, "czucie i wiara czasem silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko". Biotechnologia jako nauka, ma wspaniały potencjał, jeśli się ją jednak odpowiednio wykorzysta.. Zaczęłam odważnie szukać swojej drogi. W akademiku mówili na mnie wtedy niektórzy "pani filozof", podobno chodziłam lekko oderwana od ziemi. W ramach poszerzania zainteresowań kręciłam się po różnych humanistycznych wydziałach, a na filozofii robiłam dodatkowy przedmiot, tzw. humanizujący, są takie możliwości na studiach biologicznych.


Bałkany 2002 - Flora i Fauna.
Wyprawa Koła Naukowego Przyrodników po materiał badawczy - igły sosnowe!
Na zdjęciu uczestnicy ekspedycji podczas śniadania na skale :)



Wybierając pracownię magisterską, zdecydowałam się na badania nad molekularnym podłożem zaburzeń psychicznych. Cieszyło mnie, że moja pracownia mieściła się murach Uniwersytetu Medycznego, skąd dużo bliżej do człowieka i medycyny. Analizując skrupulatnie, jak to mam w swojej naturze, dane do pracy dyplomowej, odkryłam błędy w doktoracie koleżanki. Okazało się, że w PubMedzie, międzynarodowej bazie danych z zakresu nauk biomedycznych, są opublikowane błędne informacje. Nie chcąc robić nikomu krzywdy, napisałam o tym w przypisach swojej pracy. Wiadomo, że nikt nie czyta magisterek, a tym bardziej przypisów. Ponadto atmosfera w instytucie między szefem, a ekipą moich kolegów i koleżanek, była pełna napięć i niefajnych emocji. Wszystko to wzbudziło we mnie jeszcze większe rozczarowanie nauką. 

Mimo, że temat, którym się zajmowałam, był bardzo ciekawy, to jednak jeszcze przed obroną pracy magisterskiej, zdecydowałam się na odważny skok w bok, czyli studia z zakresu antropologii kulturowej. Ówczesna pani dziekan na Wydziale Biologii nie chciała absolutnie dać mi na to swojej zgody (na tak zwany drugi fakultet), twierdząc, że to podkopie moją karierę naukową. Z perspektywy czasu myślę, że miała trochę racji, bo właśnie dlatego jeszcze nie obroniłam doktoratu i nie wiem, czy uda mi się to zrobić w moim coraz bardziej intensywnym życiu zawodowym. Wszak dziś prowadzę własną firmę. Jednak w krytycznym momencie, zmienił się dziekan, a ja wieczna studentka, trafiłam na pierwszy rok studiów na Wydziale Historycznym.


Studia antropologiczne były formą mojego protestu wobec pozbawionych ducha nauk ścisłych. Na etnologii szukałam przyjaźni i zapomnianej wiedzy, mądrości ukrytej w tradycji i kulturze. Szczególnie zainteresowałam się antropologią medyczną, to właśnie wtedy zrodziła się moja fascynacja medycyną chińską. Uczęszczałam na pierwsze "chińskie" wykłady do Mandali, gdzie dr Agnieszka Krzemińska, dziś jeden z bardziej znanych wykładowców w tej dziedzinie w Polsce, dzieliła się swoją pasją. Po czasie rozczarowania rozczłonkowaną nauką, dużą sympatię wzbudził we mnie system patrzący na ludzki organizm z zupełnie innej perspektywy, takiej próbującej ogarnąć z lotu ptaka złożoną całość, jaką jest skomplikowany człowiek. Potem niejednokrotnie kwestionowałam chińskie podejście, by znów odkrywać je na nowo. Niczym niewierny Tomasz: Wątpię więc jestem. Miałam na to 10 lat czasu, bo tyle go minęło od moich pierwszych fascynacji tym orientalnym systemem.

W antropologii spodobała mi się koncepcja, a może nawet misja łączenia światów, systemów kulturowych posługujących się obcymi sobie językami. Z taką ideą w głowie zaczęłam szukać mostów łączących świat medycyny zachodniej, tej naukowej, akademickiej oraz tradycyjnej medycyny chińskiej, czy też tradycyjnego ziołolecznictwa. Wymagało to powrotu do metod szkiełka i oka, co przyszło mi z dużą radością, zaowocowało zapałem do pracy i dalszej nauki. Po pierwszych kursach z zakresu medycyny chińskiej, rozpoczęłam swoje pierwsze studia podyplomowe na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu.

Takie były początki. W kolejnej części opiszę drogę mojej specjalistycznej edukacji z zakresu fitoterapii (ziołolecznictwa), dietetyki, medycyny chińskiej, akupunktury ucha itd. Aktualnie wszystkie te informacje są umieszczone na mojej stronie internetowej. Może będzie to inspiracja innych, którzy szukają swojej ścieżki w pokrewnej dziedzinie. Tak, czy inaczej, każdy musi poradzić sobie z tym wyzwaniem na własną rękę i własną odpowiedzialność. Bo fitoterapia, mimo że modna, nie jest wcale łatwa, ani prosta.