wtorek, 24 października 2017

czwartek, 7 września 2017

ABC ziołowej alchemii

Zapraszamy serdecznie na długo wyczekiwane zajęcia na temat tego, jak przygotowywać wyciągi z roślin leczniczych. Warsztaty odbędą się 1 października 2017 roku w Poznaniu na ul. Pięknej 4. Jest to pierwszy temat z planowanego cyklu szkoleń ziołowych. Pojawią się jeszcze zajęcia z fitochemii roślin leczniczych, na temat leczenia infekcji układu oddechowego, a jeśli będzie zainteresowanie, również chorób przewodu pokarmowego oraz zaburzeń metabolicznych.

Napary, wywary, maceraty, czy nalewki, to tylko niektóre sposoby przyjmowania ziół. Aby skorzystać z leczniczych właściwości roślin, potrzebna jest podstawowa wiedza na temat tego, jak i kiedy przygotowywać takie wyciągi. Niektóre substancje czynne rozpuszczają się w wodzie. Uzyskanie innych jest możliwe dopiero przy użyciu alkoholu o odpowiednim stężeniu. 

Ekstrahując materiał roślinny za pomocą różnych rozpuszczalników, możemy otrzymywać z tej samej rośliny, wyciągi o odmiennym działaniu. Dla przykładu napar z dziurawca działa zupełnie inaczej niż nalewka. Z drugiej strony obecność niektórych substancji czynnych może ułatwiać wchłanianie innych. Wszystkie te zawiłości zostaną wyjaśnione na warsztacie!





Na zajęciach poznamy podstawowe metody przetwarzania oraz ekstrakcji surowców roślinnych. Warsztat będzie składał się z części wykładowej oraz praktycznej. Podczas tej drugiej wykonamy kilka ziołowych preparatów. Poznamy receptury przydatne w pospolitych dolegliwościach. Będziemy smakować je na miejscu, a te bardziej trwałe uczestnicy zabiorą do domu.

W ramach zajęć praktycznych między innymi:

- Wykonamy kilka rodzajów wyciągów wodnych, poznamy różne techniki przygotowywania naparów.
- Każdy nauczy się, jak zrobić swój syropek na kaszel.
- Będziemy przygotowywać nalewki: proste i złożone.
- Dowiecie się, jak na bazie wyciągu roślinnego wykonać maść.

Zapewniamy wszystkie potrzebne produkty oraz narzędzia do pracy.

Warsztat poprowadzi:

Anna Bober - pasjonatka ziołolecznictwa. Fitoterapii uczyła się między innymi od dra Henryka Różańskiego oraz Jeremiego Rossa. Organizuje warsztaty zielarskie od 2012 roku. Prowadzi wykłady i szkolenia z zakresu fitoterapii oraz dietetyki, zarówno dla specjalistów, jak i amatorów ziołowej wiedzy. W swoim podejściu łączy ziołolecznictwo zachodnie z medycyną chińską, nie zapominając jednocześnie o podejściu biomedycznym, uwzględniającym najnowszą wiedzę z zakresu fitofarmakologii. Jest absolwentką biotechnologii, antropologii kulturowej UAM oraz dwóch kierunków studiów podyplomowych na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Od ponad 6 lat jest aktywnym uczestnikiem szkoleń i konferencji z zakresu fitoterapii oraz tradycyjnego ziołolecznictwa. Swoją wiedzę zdobywała między innymi na kultowych zajęciach z doktorem Różańskim w Międzyborowie. Należy do Sekcji Fitoterapii Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. 


Cena (orientacyjna, muszę jeszcze rozplanować materiały dla uczestników) przy płatności do 25 września 190 zł, po tym terminie 220.
W cenę wliczone są również preparaty ziołowe, które zabierzecie do domu.

Ilość miejsc ograniczona, wpłata jest rezerwacją miejsca. 

W sytuacji gdy po uiszczeniu opłaty z przyczyn losowych uczestnik rezygnuje z udziału w zajęciach, można znaleźć osobę na swoje miejsce. Jeśli się tego nie zrobi, połowa wpłaconej kwoty nie podlega zwrotowi.


Zapisy: anna.bober81@gmail.com, 500 182 594

strona internetowa: www.alchemilium.pl


Więcej informacji wkrótce!

wtorek, 29 sierpnia 2017

Nadszedł czas, aby napisać coś o sobie - kim jestem i co ja tutaj robię


Ziołami zajmować się można na wiele sposobów. Coraz bardziej modne jest ostatnio bycie fitoterapeutą. Wystarczy ukończyć roczny kurs w Krośnie, czy Katowicach i pomachać dyplomem. Niektórzy nawet rocznego kursu nie kończą. Nikt tego przecież nie weryfikuje, co kto wypisuje na swojej wizytówce. Nie zapominajmy jednak o tym, że fitoterapia jest nieistniejącą specjalizacją w dziedzinie medycyny. Przyszli lekarze przez pięć (kiedyś sześć) lat poznają podstawy ludzkiej fizjologii, patologii oraz znienawidzonej przez zielarzy farmakologii. Tyle samo moim zdaniem czasu potrzebuje fitoterapeuta, tak na początek, bo nauka nigdy się nie kończy, a wiedza jest jak ocean. Nie ma systemu, który by pokazywał, jaka droga jest właściwa, stąd całe to zamieszanie. Mimo, że ziołolecznictwo często było antysystemowe, to jednak obecnie, w dobie jego rosnącej popularności, potrzebujemy systemu, dlatego żeby "po pierwsze nie szkodzić", primum non nocere. O swojej drodze do fitoterapii opowiadam w dzisiejszym poście. 

Pasję do nauk biomedycznych rozwijałam od podstawówki. Wychowałam się na polskiej wsi, miałam przed domem całkiem spory kawałek łąki, a świat przyrody na wyciągnięcie ręki. Zawsze lubiłam się uczyć. Już w podstawówce brałam udział w olimpiadzie biologicznej, czy konkursach wiedzy ekologicznej, oraz wielu innych, byłam książkowym molem. W liceum wybrałam klasę o profilu biologiczno-chemicznym, taką, po której dobrze jest się wybrać na medycynę. Ja jednak, zafascynowana biologią komórki, zdecydowałam się na studiowanie biotechnologii. Z wielkim zaangażowaniem podeszłam do matury, a potem zabrałam się za przygotowania do egzaminów na studia. Zaowocowało to bardzo dobrymi wynikami rekrutacji, dzięki czemu dostałam się na wszystkie trzy uczelnie, na które aplikowałam. Zdecydowałam się na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie o indeks rywalizowało jakieś 15 osób na jedno miejsce, a ja zdałam egzamin z drugą na liście punktacją..

Mniej więcej na trzecim roku studiów poczułam rozczarowanie wysokospecjalistyczną dziedziną wiedzy, którą zgłębiałam. Brakowało mi bliższego kontaktu z bardziej żywą nauką, taką użyteczną w życiu, przyjazną drugiemu człowiekowi i światu. Biotechnologia nie zawsze taka jest. Na ścianach instytutów, w których bywałam, widywałam plakaty sygnowane nazwą firmy Monsanto, a na lekcjach języka angielskiego w czytankach znaczy readingach, widywałam transgeniczne pomidory i podobizny Frankensteina. Budziło to we mnie niepokój, który nałożył się na młodzieńcze rozterki egzystencjalne. Były to moje intuicyjne odczucia, "czucie i wiara czasem silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko". Biotechnologia jako nauka, ma wspaniały potencjał, jeśli się ją jednak odpowiednio wykorzysta.. Zaczęłam odważnie szukać swojej drogi. W akademiku mówili na mnie wtedy niektórzy "pani filozof", podobno chodziłam lekko oderwana od ziemi. W ramach poszerzania zainteresowań kręciłam się po różnych humanistycznych wydziałach, a na filozofii robiłam dodatkowy przedmiot, tzw. humanizujący, są takie możliwości na studiach biologicznych.


Bałkany 2002 - Flora i Fauna.
Wyprawa Koła Naukowego Przyrodników po materiał badawczy - igły sosnowe!
Na zdjęciu uczestnicy ekspedycji podczas śniadania na skale :)



Wybierając pracownię magisterską, zdecydowałam się na badania nad molekularnym podłożem zaburzeń psychicznych. Cieszyło mnie, że moja pracownia mieściła się murach Uniwersytetu Medycznego, skąd dużo bliżej do człowieka i medycyny. Analizując skrupulatnie, jak to mam w swojej naturze, dane do pracy dyplomowej, odkryłam błędy w doktoracie koleżanki. Okazało się, że w PubMedzie, międzynarodowej bazie danych z zakresu nauk biomedycznych, są opublikowane błędne informacje. Nie chcąc robić nikomu krzywdy, napisałam o tym w przypisach swojej pracy. Wiadomo, że nikt nie czyta magisterek, a tym bardziej przypisów. Ponadto atmosfera w instytucie między szefem, a ekipą moich kolegów i koleżanek, była pełna napięć i niefajnych emocji. Wszystko to wzbudziło we mnie jeszcze większe rozczarowanie nauką. 

Mimo, że temat, którym się zajmowałam, był bardzo ciekawy, to jednak jeszcze przed obroną pracy magisterskiej, zdecydowałam się na odważny skok w bok, czyli studia z zakresu antropologii kulturowej. Ówczesna pani dziekan na Wydziale Biologii nie chciała absolutnie dać mi na to swojej zgody (na tak zwany drugi fakultet), twierdząc, że to podkopie moją karierę naukową. Z perspektywy czasu myślę, że miała trochę racji, bo właśnie dlatego jeszcze nie obroniłam doktoratu i nie wiem, czy uda mi się to zrobić w moim coraz bardziej intensywnym życiu zawodowym. Wszak dziś prowadzę własną firmę. Jednak w krytycznym momencie, zmienił się dziekan, a ja wieczna studentka, trafiłam na pierwszy rok studiów na Wydziale Historycznym.


Studia antropologiczne były formą mojego protestu wobec pozbawionych ducha nauk ścisłych. Na etnologii szukałam przyjaźni i zapomnianej wiedzy, mądrości ukrytej w tradycji i kulturze. Szczególnie zainteresowałam się antropologią medyczną, to właśnie wtedy zrodziła się moja fascynacja medycyną chińską. Uczęszczałam na pierwsze "chińskie" wykłady do Mandali, gdzie dr Agnieszka Krzemińska, dziś jeden z bardziej znanych wykładowców w tej dziedzinie w Polsce, dzieliła się swoją pasją. Po czasie rozczarowania rozczłonkowaną nauką, dużą sympatię wzbudził we mnie system patrzący na ludzki organizm z zupełnie innej perspektywy, takiej próbującej ogarnąć z lotu ptaka złożoną całość, jaką jest skomplikowany człowiek. Potem niejednokrotnie kwestionowałam chińskie podejście, by znów odkrywać je na nowo. Niczym niewierny Tomasz: Wątpię więc jestem. Miałam na to 10 lat czasu, bo tyle go minęło od moich pierwszych fascynacji tym orientalnym systemem.

W antropologii spodobała mi się koncepcja, a może nawet misja łączenia światów, systemów kulturowych posługujących się obcymi sobie językami. Z taką ideą w głowie zaczęłam szukać mostów łączących świat medycyny zachodniej, tej naukowej, akademickiej oraz tradycyjnej medycyny chińskiej, czy też tradycyjnego ziołolecznictwa. Wymagało to powrotu do metod szkiełka i oka, co przyszło mi z dużą radością, zaowocowało zapałem do pracy i dalszej nauki. Po pierwszych kursach z zakresu medycyny chińskiej, rozpoczęłam swoje pierwsze studia podyplomowe na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu.

Takie były początki. W kolejnej części opiszę drogę mojej specjalistycznej edukacji z zakresu fitoterapii (ziołolecznictwa), dietetyki, medycyny chińskiej, akupunktury ucha itd. Aktualnie wszystkie te informacje są umieszczone na mojej stronie internetowej. Może będzie to inspiracja innych, którzy szukają swojej ścieżki w pokrewnej dziedzinie. Tak, czy inaczej, każdy musi poradzić sobie z tym wyzwaniem na własną rękę i własną odpowiedzialność. Bo fitoterapia, mimo że modna, nie jest wcale łatwa, ani prosta. 



poniedziałek, 3 października 2016

Wyczerpane nadnercza - współczesna epidemia, o której pisano w starożytnych tekstach

Inspiracją do napisania tego posta było zaproszenie na II Międzynarodowy Kongres Medycyny Chińskiej, który odbył się w dniach 23-25 września w Krakowie (ITCM DAO). Tematem jednego z wielu ciekawych warsztatów, jakie podczas tego wydarzenia się odbywały, było Diagnozowanie i leczenie wyczerpania nadnerczy. Z wielką przyjemnością wzięłam udział w tym spotkaniu, temat ten wydaje mi się bardzo ważny i szczególnie ciekawy.

Syndrom wyczerpanych nadnerczy określany jest dziś często mianem epidemii. Na domiar złego, problem nie jest nadal traktowany poważnie przez współczesną medycynę. Zaburzenia dotykające nadnerczy rozpoznawane przez tę ostatnią, to przede wszystkim choroba Addisona (niedoczynność kory nadnerczy) oraz choroba Cushinga, która związana jest z nadmierną aktywnością wydzielniczą tych gruczołów. Zanim dojdzie jednak do rzadko występującej choroby Addisona, możliwe są jeszcze stany pośrednie. Tutaj właśnie mieści się zespół symptomów związanych z tzw. wyczerpanymi nadnerczami.

Jesteśmy dziś świadomi, jak wszechobecnym i złożonym czynnikiem prowadzącym do rozwoju różnego rodzaju zaburzeń zdrowotnych jest stres. Wszyscy doświadczamy jego obecności. Przyglądając się temu zjawisku na poziome biochemicznym, zauważamy, że wpływa on w szczególny sposób na czynność wydzielniczą gruczołów nadnerczowych. Stymuluje je do wydzielania tzw. hormonów stresu: adrenaliny oraz kortyzolu. Fizjologicznie przygotowują one organizm do wyzwania, jakiemu w związku z zaistniałą sytuacją stresową, musi on sprostać. Nasilenie czynników stresowych trwające przez dłuższy czas, będzie powodować przewlekle podniesiony poziom tych substancji oraz określone efekty metaboliczne. Sytuacja taka nie trwa jednak długo, po jakimś czasie przewlekłej stymulacji nadnerczy, pojawia się załamanie ich czynności wydzielniczej. Nadnercza stają się wyczerpane i niewydolne w zakresie swoich fizjologicznych funkcji, co prowadzi do zbyt małej ilości wydzielanych przez nie hormonów. Organizm przestaje tolerować stres, wpada w stan przewlekłego zmęczenia, czemu towarzyszyć może wiele dodatkowych dolegliwości zdrowotnych, takich jak bezsenność, kołatanie serca, depresja, niedoczynność tarczycy, choroby autoimmunologiczne, czy przedwczesna menopauza.

Wartościowych narzędzi w celu zrozumienia takiej sytuacji zdrowotnej dostarcza nam medycyna chińska. Objawy związane z syndromem wyczerpanych nadnerczy, o którym obecnie coraz częściej pisze się na Zachodzie, znane są tej orientalnej sztuce medycznej od tysięcy lat. Ich zespół traktowany jest tutaj jako niedobór Yin oraz Yang Nerek. Oczywiście, aby wprowadzić właściwe postępowanie terapeutyczne, potrzebna jest precyzyjna diagnoza doświadczonego terapeuty. Są jednak proste narzędzia, które możesz wykorzystać nie posiadając szczególnych kompetencji. Jedno z nich poznałam na warsztacie w Krakowie. Jeśli chcesz sprawdzić, czy problem wyczerpanych nadnerczy dotyczy Ciebie, możesz zbadać wrażliwość okolic pępka na dotyk. Tkliwość obszaru tuż pod pępkiem, po jego lewej i prawej stronie (odległość ok. 1-2 cm), może wskazywać na niewydolność Twoich gruczołów nadnerczowych. Warto to sprawdzić, jak dotąd nie miałam czasu zweryfikować tej metody, póki co dzielę się tylko wiedzą zdobytą na warsztacie.


Rys. W centrum rysunku i zegara znajduje się pępek.  Na godzinie 8ej oraz 4ej  widać miejsca, które mogą być tkliwe u osób z wyczerpanymi nadnerczami. Kid16 to punkt na meridianie nerek (Kiedney 16), CV9 oraz 7 to punkty na meridianie  Ren (GRT - Główny Regulator Przedni).

Powszechne osłabienie funkcji wydzielniczej nadnerczy we współczesnym społeczeństwie zostało zauważone niedawno. Pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat, jest ich jednak ciągle mało. W języku polskim została jak dotąd wydana tylko jedna książka. Po poglądowym zapoznaniu się z tym, co jest publikowane, mam wrażenie, że współczesna literatura w zakresie charakteryzowanego tutaj problemu nie zauważa jednej ważnej rzeczy. Nie tylko przewlekły stres, niewłaściwa dieta, stosowanie substancji pobudzających itd. mogą prowadzić do wyczerpania nadnerczy. Może to być także uwarunkowane konstytucjonalnie. Termin konstytucja, jest obecny w chińskiej medycynie i odnosi się w wielkim skrócie do jakości materiału genetycznego, jaki otrzymujemy od swoich rodziców. Niektóre osoby po prostu dostają w "prezencie" od początku życia projekt osłabionej funkcjonalności tych gruczołów. Takie osoby dużo wcześniej rozwiną charakterystyczne dolegliwości. To jaką "kondycję nadnerczy" otrzymujemy od rodziców, zależy od tego, w jakim stanie zdrowia byli oni podczas momentu poczęcia. Nie mniej ważna jest kondycja zdrowotna matki w czasie ciąży. Osłabienie nadnerczy może być także spowodowane stresem płodowym, albo doświadczaniem silnego strachu (nie tylko w życiu płodowym, ale w ogóle). Inną sytuacją, mogącą prowadzić do wyczerpanych nadnerczy może być nadwątlenie esencji (1) na skutek porodów, a także nadmiernej utraty nasienia u mężczyzn (tak, mężczyzna może płacić bardzo dużą cenę za seks).

W terapii problemów z nadnerczami zasadniczą rolę odgrywa styl życia oraz dieta. Bardzo pomocne może być także wsparcie fitoterapii. Nie ma tutaj drogi na skróty, leczenie wymaga systematycznej, codziennej pracy, a powrót do zdrowia trwa długie miesiące, a nawet lata. Nie ma na to pigułki, może właśnie dlatego medycyna akademicka ciągle nie dostrzega tego problemu. Jeśli go zauważy, będzie po raz kolejny bezradna, pomijając oczywiście podawanie syntetycznych hormonów.

O diecie i ziołach wspierających nadnercza będę jeszcze pisać, albo przygotuję osobny wykład. Terapia powinna być indywidualnie dostosowana do symptomów obecnych u pacjenta. Szczególne znaczenie będą odgrywały pokarmy i zioła wzmacniające esencję, do takich z pewnością należy żółtko i pyłek kwiatowy. O tym, w jaki sposób wprowadzić je do codziennej diety, pisałam wcześniej na blogu w poście: Jajotonik - koktajl dla mózgu. Przykładem zioła wzmacniającego nasze Yin Nerek jest z kolei remania, której również poświęciłam osobny artykuł: Czas na małą czarną - kawa, czy remania.


1) Esencja pojęcie z zakresu medycyny chińskiej, jedna z cennych substancji fizjologicznych, której obfitość decyduje w sposób fundamentalny o naszym zdrowiu. Osłabienie esencji objawia się  między innymi jako wyczerpane nadnercza.




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Czas na małą czarną: kawa, czy remania?

Któż nie rozpoczyna dnia o pobudzającej dawki kofeiny? Ja oczywiście! Zdecydowanie jestem wolna od kawy. Jeśli już ją piję, to okazjonalnie, dla towarzystwa raczej. Nie oznacza to jednak, że czarne napoje są mi zupełnie obce. Jest zioło, które zapewni podobne doświadczenia estetyczne, wprowadzając jednocześnie w nasze życie zupełnie nową jakość! Remania, co jest czarna jak kawa. Udało mi się już przekabacić z picia kawy kilka osób na to preparowane orientalne zioło. Remania jest drugim, zaraz po żeńszeniu, najczęściej stosowanym surowcem w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. Zanim przyjrzymy się jej bliżej, dwa słowa przestrogi.

Nie ma ziół uniwersalnych, to co dla jednej osoby będzie korzystne, u kogoś innego wywoła objawy niepożądane. Oczywiście nie tylko leki syntetyczne je powodują, również nieprawidłowo stosowana fitoterapia może prowadzić do pogorszenia stanu zdrowia. Generalizując, zioła szkodzą dużo mniej, niż specyfiki farmaceutyczne, ale zdecydowanie należy się nimi umiejętnie posługiwać. Dziś wyjaśnię te niuanse na przykładzie remanii oraz w mniejszym stopniu kawy, posługując się głównie terminologią medycyny chińskiej.

Remania (łac. Rehmania glutinosa należy do rodziny trędownikowatych (Scrophulariaceae) w obrębie rzędu jasnotowatych (Lamiales/Tubiflorae). Warto jednak zaznaczyć, że jej taksonomia nie jest jasna, zmienna u różnych autorów. To współczesne badania genetyczne wykazały, że Rehmannia jest blisko spokrewniona z rodziną trędownikowatych, a jeszcze bliżej z rodziną zarazowatych Orobanchaceae, do której także bywa zaliczana. W fitoterapii stosowany jest najczęściej jej korzeń gotowany w winie ryżowym, dostępny w sprzedaży jako Radix Rehmmaniae Preparata (Shu Di Huang).


   

Charakterystyka wg medycyny chińskiej:

Smak słodki,
Natura termiczna lekko ogrzewająca (remania preparowana w winie ryżowym)
Kanały do których wchodzi: Serce, Nerki, Wątroba

Działanie i wskazania:
Odżywia krew i wzmacnia esencję. W związku z tym ma następujące zastosowania:
- przy bólu w dolnej części pleców,
- słabości kończyn dolnych,
- zawrotach głowy z odczuciem pustki w głowie,
- szumie w uszach,
- przy zmniejszeniu ostrości widzenia,
- przedwczesnym siwieniu włosów z powodu wyczerpania krwi i esencji,
- przy niedoborze yin nerek z objawami nocnego pocenia się,
- w przypadku wyniszczających chorób

Remania to zioło bardzo odżywcze, wzmacniające oraz, jak to zwykle bywa przy takich specyfikach, ciężkostrawne jednocześnie. Nie polecam zatem tego wzmacniającego napoju pić w godzinach wieczornych, ponieważ nasz układ pokarmowy może sobie z tym nie poradzić. Remanię pijemy, podobnie jak kawę rano, wtedy, kiedy nasze narządy trawienne pracują najsprawniej. Wskazania do picia kawy w godzinach porannych (oraz przeciwwskazania w godzinach wieczornych) wynikają jednak z innych powodów. Oczywiście można do receptury z remanią dodać ziół aromatycznych, które pomogą przyswoić cenne składniki tego chińskiego remedium. Ja osobiście piję to zioło w wersji solo.

Warto jeszcze wyjaśnić, dlaczego niektórym osobom remania będzie bardziej służyła, niż kawa. Ta ostatnia ma ona oczywiście swoje atuty. Z uwagi na ilości, w jakich jest wypijana, można powiedzieć, że jest to podstawowe źródło antyoksydantów w diecie Europejczyków. Działanie remanii wydaje się być jednak przeciwne do kawy. To co mają ze sobą wspólnego oba surowce, to właściwości ogrzewające, zarówno remania (w formie preparowanej), jak i kawa, są termicznie ciepłe, zatem będą przeciwwskazane u osób z objawami gorąca, natomiast zalecane dla tzw. zmarzlaków. Na tym podobieństwa się kończą.

Kawa ułatwia trawienie, ogrzewa wyziębione nerki, usuwa wilgoć, szczególnie tą zimną. Z drugiej strony, poprzez swoje działanie osuszające, może spowodować osłabienie aspektu Yin (1). Dzieje się tak przy jej przewlekłym stosowaniu, co w naszym kręgu kulturowym jest oczywiście częstą praktyką. Z pewnością zrozumie to ten, kto nadwątlił już te zasoby Yin  i dostaje palpitacji oraz uderzeń gorąca po szklance "małej czarnej". Remania z kolei wzmacnia, odżywia, jednak stosowana w nadmiarze, może powodować wilgoć w organizmie. Dlatego korzystnie zadziała szczególnie na osoby wychłodzone, wysuszone i osłabione. Najlepiej, jeśli będzie podawana w asyście ziół ułatwiających trawienie, co uchroni przed generowaniem dodatkowej wilgoci, czy nawet śluzu w organizmie.

Jak można stosować remanię na co dzień:

5-15 gram preparowanego korzenia gotujemy kilka minut w 1/4 - 1/2 litra wody. Po odlaniu odwaru, surowiec warto wygotować jeszcze kilka razy. Osobiście robię to tak długo, jak długo woda zabarwia się na kolor czarny, czyli zwykle 3-4 razy.

Oczywiście możemy zażywać to zioło także w formie gotowych receptur (chińskie kuleczki) na podstawie odpowiedniej diagnozy wg syndromów medycyny chińskiej.


.Charakterystyka wg badań farmakologicznych i klinicznych   

W tradycyjnej medycynie chińskiej zioło R. glutinosa było i jest traktowane jako środek adaptogenny o działaniu odżywczym na ciało i poprawiającym samopoczucie, zwiększającym witalność. Remania reguluje wydzielanie kortykosteroidów, chroni korę nadnerczy przed atrofią. Ponadto używana jest w leczeniu takich zaburzeń hormonalnych, jak menopauza, czy zaburzenia poziomu hormonów tarczycy. W mieszankach ziołowych, np. z nasionami żywotnika, czy głożyny pospolitej, leczy się remanią  bezsenność oraz palpitacje.

Korzeń remanii wykazuje ochronny wpływ na wątrobę. Stosowany jest jako leczenie wspomagające w nowotworach tego narządu, ponieważ wpływa hamująco na proliferację komórek nowotworowych oraz pobudza ich apoptozę. Rehmania glutinosa jest od wielu lat stosowana w tradycyjnej chińskiej medycynie jako środek przeciwcukrzycowy, skutecznie obniżający poziom cukru we krwi. Obniża także ciśnienie krwi, a także poziom cholesterolu, poprawia krążenie krwi w mózgu oraz krążenie wieńcowe. Korzeń wraz z innymi lekami ziołowymi przepisywany jest w anemii, krwiopluciu oraz w chorobach ginekologicznych. Wykazuje aktywność przeciwbakteryjną, na przykład wobec Pseudomonas cepusia oraz Pseudomonas maltophilia.

Dawkowanie:
9-30 g dziennie

1)  Yin to aspekt materialny naszego zdrowia, będący w opozycji do Yang, które ma naturę bardziej energetyczną.


środa, 3 sierpnia 2016

Jajotonik - koktajl dla mózgu

Efektywnie pracujące szare komórki są na wagę złota. Nasz mózg to centrum decyzyjne, od którego wiele w naszym życiu zależy. Często, aby wspomóc jego działanie, spożywamy różnego rodzaju suplementy. Proponuję skorzystać z tego, co jest bardzo dobrej jakości, pod ręką, a do tego niewiele kosztuje.

Jeszcze kilka lat temu zdania na temat walorów zdrowotnych jaj były podzielone. Straszono przede wszystkim dużą ilością cholesterolu. Nawet pojawiły się na rynku jaja od kur zielononóżek o obniżonej zawartości tego składnika. Okazuje się jednak, że tak zaprojektowane jaja, mają drastycznie mniejszą wylęgalność, co świadczy o istotnej roli biologicznej cholesterolu w tworzeniu nowego życia. Z zapłodnionego jaja w ciągu 18-21 dni wykluwa się pisklę w pełni zdolne do samodzielnego egzystowania. Oznacza to, że jajo zawiera odpowiedni zestaw naturalnych substancji niezbędnych do powstania całego organizmu młodego ptaka. Czy nie jest to zdumiewające? Przyjrzyjmy się zatem bliżej, cóż to za niezwykłe komponenty oraz jakie może być biologiczne znaczenie dla nas samych.

Żółtko jest doskonałym źródłem lecytyny, karotenoidów, niemal wszystkich witamin, zarówno rozpuszczalnych w tłuszczach, jak i hydrofilowych witamin z grupy B. Obecne w żółtku tłuszcze wykazują szczególnie wysoką wartość biologiczną. Mają dobre proporcje nienasyconych kwasów tłuszczowych w stosunku do nasyconych oraz zawierają dużo cennych fosfolipidów. Jaja mogą być wartościowym źródłem DHA. Jest to kwas tłuszczowy z grupy omega 3, szczególnie ważny dla prawidłowej pracy mózgu, wzroku, istotny w profilaktyce chorób układu krążenia. Jego zawartość w żółtku jest zmienna, zależy oczywiście od sposobu żywienia kur. W dobrej jakości jaju możemy się spodziewać około 64 mg kwasu dokozaheksaenowego (DHA).

W przemyśle spożywczym powszechnie używana jest lecytyna sojowa, z pewnością ta jajeczna stanowi wartościowy jej zamiennik. W skład cząsteczki lecytyny wchodzi jeszcze inny cenny związek, mianowicie cholina. Jedno jajo zawiera jej aż 280 mg. Cholina to inaczej witamina B4. Zgodnie z aktualnymi normami żywienia, dzienne zapotrzebowanie na cholinę wynosi u osób dorosłych ok. 500 mg. Zarówno lecytyna, jak i jej składowa cholina, słusznie kojarzone są z dobrą pamięcią. Odpowiednia ich ilość w diecie wpływa bardzo korzystnie na funkcjonowanie naszych komórek nerwowych, poprawia funkcje uczenia się. Cholina jest ważna dla kobiet w ciąży ze względu na rozwijający się układ nerwowy płodu. Zmniejsza ryzyko demencji oraz choroby Alzhaimera. Obniża także ryzyko rozwoju raka piersi.

Żółtko jest także źródłem luteiny oraz zeaksantyny, karotenoidów wchodzących w skład pigmentu plamki żółtej, gdzie ich odpowiednia koncentracja ma decydujące znaczenie dla prawidłowych procesów widzenia. Ich rolę podkreśla się szczególnie w profilaktyce zwyrodnienia plamki żółtej oraz zaćmy. Są one także bardzo potrzebne osobom, które pracują dużo z komputerem. Zawartość luteiny w żółtkach zależy od tego, co zjadają kury i wynosi ok. 1,7 mg/100g. Ilościowo lepszym źródłem luteiny wydają się być zatem zielone warzywa, takie jak jarmuż, czy szpinak. Jednak luteina jajeczna jest 3-krotnie lepiej przyswajalna, niż z innych źródeł, prawdopodobnie z powodu jej rozpuszczenia w lecytynie żółtka.

Z uwagi na to, że wiele cennych składników jaja jest wrażliwych na działanie temperatury, warto spożywać je na surowo. Białko zawiera awidynę, która unieczynnia biotynę (witaminę H) w związku z czym regularne spożywanie całych surowych jaj, grozi pojawieniem się jej niedoborów. To żółtko jednak kumuluje w głównej mierze wszystkie cenne składniki, dlatego właśnie na tej części jaja dzisiaj się skupiamy.





Jak przygotować jajotonik - koktajl dla mózgu

Jedzenie surowych żółtek może wydawać się niesmaczne i mało atrakcyjnie. Można jednak przygotować miksturę, która nie tylko będzie miała lepsze walory smakowe, ale także jeszcze bogatsze wartości odżywcze. Wystarczy dodać pyłku kwiatowego (pszczelego), kolejnego superfood. O jego zaletach nie będę tym razem pisać, gdyż zasługuje on na osobny post. Aby zwiększyć biodostępność składników zawartych w ziarnach pyłku, należy namoczyć go na kilka godzin, najlepiej na całą noc.

Składniki mikstury: żółtko, pyłek oraz przegotowaną wodę łączymy w równych proporcjach.

Przygotowanie:
40 - 50 g pyłku kwiatowego zalewamy taką samą ilością przegotowanej wody.
Po nocnej maceracji dodajemy do mikstury dwa lub trzy żółtka (jedno waży ok. 20 g). Przed roztłuczeniem skorupki, warto włożyć jaja do gotującej się wody na 10 sekund, aby uchronić się przed potencjalną salmonellą. Kiedy połączymy składniki, blendujemy je do uzyskania jednolitej konsystencji, nie jest to jednak konieczne.

Otrzymujemy 120 - 150 g jajeczno - pyłkowego preparatu, który możemy przechowywać 2-4 dni w lodówce. Proponuję podzielić miksturę na 3 części i spożyć w ciągu 3 dni, pierwszą porcję pierwszego dnia, pozostałe wstawić do lodówki. Zażywać najlepiej dwa razy dziennie po 20 - 30 ml. Kurację warto powtarzać co kilka dni. Uwaga: jajotonik działa wzmacniająco i odżywczo na cały organizm, nie tylko na komórki nerwowe!






środa, 2 grudnia 2015

Rokitnik - złoto Syberii doskonałe na bolączki jesieni


Jesień to czas, który sprzyja obniżeniu nastroju oraz infekcjom układu oddechowego. Natura daje jednak nam wiele środków, które mogą nas chronić przed tego rodzaju przypadłościami. O tej porze roku owocuje rokitnik, zwany inaczej złotem Syberii. W Polsce można go znaleźć nad Bałtykiem, na nadmorskich wydmach. W innych częściach kraju już niestety nie jest tak popularny, ale można go z powodzeniem uprawiać w przydomowych ogródkach. Wytrawni zbieracze roślinnych skarbów z pewnością znają jego kryjówki, wiedzą gdzie rośnie.

Owoce rokitnika uchronią nas przed jesiennym spadkiem nastroju. Doskonale sprawdzą się także zarówno w profilaktyce jak i terapii chorób infekcyjnych. Cóż takiego kryje się w tych niepozornych pomarańczowych owockach? Dlaczego mają tak korzystny wpływ na mózg, skąd ich potencjał wzmacniania naszej odporności? Spieszę z rozwikłaniem tej zagadki, przyjrzyjmy się zatem rokitnikowi uważnie!

Owoce rokitnika zawierają znaczne ilości tłuszczu. Stosunek kwasów tłuszczowych omega 3 do omega 6 w przybliżeniu wynosi tutaj 1/1. Jest to proporcja, jaką rzadko można spotkać w produktach żywnościowych. Zazwyczaj proporcje tych kwasów są dużo niższe, co jest mniej korzystne dla naszego zdrowia. Ilość kwasów z rodziny omega 3 ma kluczowe znaczenie dla kondycji naszego układu nerwowego. Wiele dolegliwości natury psychicznej wiązanych jest z niedoborami tego rodzaju składników w diecie, depresja oraz stany obniżonego nastroju z pewnością do nich należą. Dlatego warto stosować olej z rokitnika na jesienne spadki nastroju.

Nasz mózg zbudowany jest z ok 60 % tłuszczu (nie licząc wody), a dużą jego część stanowią wielonienasycone kwasy z rodzaju omega -3. Cechą tego rodzaju cząsteczek jest duża podatność na procesy utleniania, które w wypadku tłuszczów nazywamy inaczej jełczeniem. Aby nasz mózg prawidłowo funkcjonował, potrzebuje dobrej jakości oleju oraz tarczy ochronnej, która zapobiegnie jego utlenianiu. Okazuje się, że rokitnik zawiera w swoim składzie, zarówno wartościowy tłuszcz, jak i ogromną ilość antyoksydantów. Należą do nich obficie występujące w jego owocach b-karoten, witamina C oraz E. Wszystkie mają kluczowe znaczenie dla ochrony naszej tkanki mózgowej przed niekorzystnymi zmianami oksydacyjnymi.

swierzop.pl


Powszechną dolegliwością jesienną są także infekcje układu oddechowego. Tutaj również przetwory z rokitnika będą bardzo przydatne. Duża ilość witaminy C, bogactwo witamin, minerałów oraz rozmaitych fito-związków  powoduje, że rokitnikowe eliksiry są szczególnie cenne w stanach infekcyjnych. Spożywanie różnego rodzaju preparatów będzie także bardzo dobrą profilaktyką.

O rokitniku można pisać długie rozprawy, podobnie jak długa jest lista wskazań do jego zastosowania. W tym artykule skupiłam się na jego wpływie na nasze komórki mózgowe, z dwóch powodów. Po pierwsze temat ten jest rzadko opisywany w polskich źródłach internetowych, jest niejako zaniedbany. Artykuły i publikacje z tego zakresu można znaleźć w literaturze anglojęzycznej. Drugim powodem jest to, że wpływ czynników ziołowo-dietetycznych na działanie mózgu i umysłu to zagadnienia szczególnie mi bliskie.

Mimo, że rokitnik zbieramy jesienią, "świeże" owoce można spożywać cały rok. Warto jesienią zamrozić sobie trochę gałązek oblepionych pomarańczowym "złotem," by sukcesywnie móc podjadać ten witaminowy eliksir od czasu do czasu, Polecam go szczególnie jesienią i zimą, kiedy szansa złapania infekcji jest największa. Ja po wyjęciu z zamrażalnika odcinam owoce małymi nożyczkami, smakują jakby były prosto z krzaczka ;)


Przetwory z rokitnika:

Intrakt
świeże rozdrobnione owoce rokitnika zalewamy gorącą wódką (alkohol 40%) proporcje surowca do alkoholu 1:3. Po dwóch tygodniach wytrawiania można dosłodzić miksturę miodem. 

Nalewka
Suszone rozdrobnione owoce rokitnika zalewamy wódką. Proporcje 1/3. Po dwóch tygodniach można przecedzić, jeśli ktoś chce mieć klarowny płyn.

Napar
Suszone owoce rokitnika zalewamy wrzątkiem, 1 łyżka/szklankę gorącej wody. Owoce można wcześniej rozdrobnić i zrosić spirytusem. Zaparzamy kilka minut.


Chałwa rokitnikowo - lniana
Zmielone nasiona lnu mieszamy z zmielonymi owocami rokitnika w proporcji 1 część rokitnika/2 części nasion lnu. Dodajemy miękkich daktyli. Składniki rozcieramy na jednolita masę. Zjadamy najlepiej na świeżo, ale można też przechować smakołyk w lodówce.